Lód na jeziorze Śniardwy pękł z głośnym

chrzęstem, gdy Janusz Kowalski wyskoczył z

kryjówki pod kamieniem. Zimny wiatr wdarł się w

jego ubranie, ale nie zatrzymał go. Nie miał już

niczego do stracenia — ani rodziny, ani nadziei.

Rok temu uciekł z Zakopanego, zostawiając żonę i

syna w łebku. Teraz, po siedmiu latach, wracał,

by zażądać tego, co mu należało.

Miasto było inne. Budynek, w którym kiedyś

mieszkała jego żona, stał się biurem policji. Na

ulicach patrzyły na niego twarze, które nie

pamiętały jego imienia. Gdzieś tam, w ciemnych

zakątkach miasta, czekała na niego kobieta,

której nazwisko byłoby wyrazem skandenującego

buntu.

Wtedy zaczęła się gra. Janusz natrafił na ślad

po bracie, który zginął w czasie powstania

śląskiego. Dokumenty, które znalazł w

zniszczonej bibliotece, wskazywały na to, że

brat nie zginął, lecz został ukryty przez

funkcjonariuszy. W tym momencie zrozumiał: jego

powrót nie był przypadkiem. Był częścią jakiejś

intrygi, która trwała od lat.

Kolejne dni zabrały go przez dawne fabryki,

gdzie robotnicy pracowali przy maszynach, które

nie działały, a władza rządziła się nowymi

zasadami. Prawo do życia było zdobyczym, a każdy

krok musiał być dokładnie obliczony. Janusz

zaczął podejrzewać, że jego żona nie była tylko

ofiarą. Była częścią tej samej sieci, która

teraz go ścigała.

W jednej z nocnych uliczek, gdzie świetliki

migotały nad starymi domami, spotkał się z

człowiekiem, którego twarz była znanym w całej

okolicy. Mężczyzna podał mu kartkę z jednym

słowem: „Zemsta”. Wtedy Janusz wiedział, że gra

się kończy. Nie miał już wyboru — albo odkryje

prawdę, albo zostanie zniszczony raz jeszcze.

Gdy w końcu stanął przed drzwiami starego domu,

gdzie kiedyś żyła jego rodzina, zauważył, że

zasłony są podniesione, a światło świeci. To był

koniec. Albo początek nowej intrygi.