W Warszawie, pod koniec lat 90., nowo wybudowany

kompleks biurowy świeci się neonem i brzytwą

stali. W środku, w gabinecie szefa kancelarii

prawniczej, siedzi Andrzej Kowalski – człowiek

bez przeszłości, który nie pamięta, jak dostał

się na tę pozycję. Jego pamięć zaczęła się psuć

miesiąc temu, kiedy to w jednym z banków, gdzie

pracował jako doradca finansowy, został

zastrzelony jego poprzedni przełożony. Nie ma

śladów strzelania, nie ma świadków, a tylko

zapach paliwa i ciepło metalu pozostaje w

powietrzu.

Kowalski, zamiast skarżyć się na chorobę, zaczął

działać. Zmienił nazwisko, zaczął podejmować

ruchy, które prowadziły do znikających

dokumentów, ukrytych funduszy i nagle

pojawiających się klientów, których nie miał w

bazie. Podejrzewał, że ktoś go obserwuje. Któreś

wieczory, gdy wracał do mieszkania, zauważył

cień za rogiem, który zniknął, gdy się odwrócił.

Jego bunt ujawnił się wtedy, gdy znalazł się w

centrum tajemnicy: dokumentach o zakresie

finansowym przekraczającym miliardy złotych,

przesyłanych przez firmę, której nigdy nie

słyszał. Dokumenty te dotyczyły projektu „Cień”,

który miał zmienić strukturę władzy w Polsce.

Projekt ten, zgodnie z planem, miał być ukryty w

nowoczesnych technologiach – systemach

monitoringu, komputerach i nowych zasadach prawa

cyfrowego.

Kowalski nie wiedział, czy jest ofiarą, czy

czynnym uczestnikiem. Jedno było pewne: jego

utrata pamięci nie była przypadkowa. Znalazł ją

w archiwum dawnego szefa, który był częścią tego

samego projektu. Tam, wśród spisów, znalazł

swoje własne imię, ale w zupełnie innej formie –

jako „próbka testowa” dla programu

odblokowującego pamięć ludzi, którzy mogli stać

się zagrożeniem.

W ostatnim dniu, gdy Kowalski próbował usunąć

dane z serwerów, system uruchomił mechanizm

autodestrukcji. Ostatnia rzecz, którą zobaczył,

to cień za oknem, który tym razem nie zniknął.

Świat, który miał zostać zmieniony, został

zmieniony – ale nie tak, jak przewidywano.