Po pogrzebie ojca w Tarnopolu, Kazimierz
Dziedzic zabrał z domu trzy skrzynie z papierami
— nie jako dziedzictwo, ale jako broń. W 1923
roku, po traktacie Ryskim, niektóre dokumenty z
polskiego Sztabu Generalnego zniknęły, a te,
które pozostały, mówiły o masowych egzekucjach
na chłopach z Polesia. Przepisy wojskowe mówiąły:
kto przechowuje takie papery, traci obywatelstwo.
Kto je publikuje — zostaje stracony bez sądu.
Kazimierz nie znał tego prawa, dopóki nie
zauważył, że sąsiad z Włodzimierza, który chciał
je sprzedać, został znaleziony z wyciętym
językiem i wisi na płocie koło stacji kolejowej.
Uciekał na północ, przez zamarznięte łąki pod
Łuniniec, gdzie trzydzieści lat temu jego ojciec
dowodził pułkiem. Teraz tam stali chłopi z nową
Polską — bez mundurów, bez honoru, z oczami
zasłoniętymi strachem. Zatrzymał się w
opuszczonej siedzibie klasztornej, gdzie sierota
z 12 lat, Anna, mieszkała sama po tym, jak jej
matka zmarła w szpitalu z tyfusu, a ojciec
zniknął w czasie „czystki granicznej”. Anna nie
mówiła nic — ale widziała, jak Kazimierz krył
dokumenty pod podłogą. Widziała, jak w nocy
przyszli trzej mężczyźni z czerwonymi opaskami i
zaczęli wyrywać płyty. Widziała, jak Kazimierz
uciekał przez kanał, zostawiając ją z jednym
papierem — kartą z nazwiskami ofiar.
W Słucku, na granicy z Białorusią, zatrzymał się
przy starym mostku, gdzie w 1920 roku strzelano
do uciekających cywilów. Tam, w zimie, gdy wiatr
gryzł przez zniszczone mury, Anna przyszła z
papiereń w dłoniach. Nie mówiła. Tylko podała mu
kartę — i wskazała na nazwisko, które było ich
własne. Kazimierz wiedział, że jeśli odda
dokumenty — zginie. Jeśli je spali — zginie Anna.
Wziął ją za rękę. Nie szli do miasta. Nie szli
do Warszawy. Szli w stronę Biebrzy, gdzie
jeszcze istniały lasy, w których nie było
urzędów, nie było policji, nie było praw — tylko
srogi, milczący porządek ziemian.
W nocy, gdy zimny deszcz zaczynał się zmieniać w
śnieg, Kazimierz podpalił wszystkie dokumenty —
poza jedną kartą. Została w dłoni Anny. On sam
przeszedł przez granicę do Litwy, bez dokumentów,
bez imienia. Anna została w lesie. Nikt jej nie
szukał. Nikt nie pamiętał, że widziała. Ale w
każdym domu na Kresach, gdzie kiedyś wisiła
ikona Świętej Anny, teraz wisiła inna — z jednym
nazwiskiem wyrytym w drewnie. I nikt nie pytał,
skąd się wzięło.


