1935, Lwów – miasto drży na skraju nowej

rzeczywistości: władza naczelna przekazała

zarządzenie o „czystości krewi”, co oznaczało

automatyczne wykluczenie wszystkich z kręgu

pochodzenia nie“polskiego”. Wszyscy, którzy nie

mogą udowodnić czystości linii, tracą prawo do

posiadania dzieci. Dzieci uznane za

„zanieczyszczone” są przekazywane do szkół

państwa, gdzie ich imiona są kasowane, a ciało

przekształcane w materiał do nowej generacji

„czystych”.

W tym świecie, 27letnia Zofia Nowak, niepokorna

córka arystokratycznego rodu, wraca do małego

majątku pod Boreńskiem po śmierci matki. Jej

ojciec zginął w walce o granice w 1920 roku; ona

uciekła jako nastolatka, wyrzucona z rodzinnej

spadczy, bo kłamliwy dokument z lat 1918 roku

sugerował pochodzenie z „osiedla niemców”. Przez

dwa dekady żyła pod fałszywym imieniem w

Warszawie, prowadząc tajną działalność przeciwko

systemowi.

W pierwszym dniu w domu – szafy puste, stół

obity kurzem, ale pod podłogą w sypialni, za

krytą deską, znajdzie się jedyna koperta. Nie

zawiera listu, lecz zdjęcie córki – Anny, która

miała dziesięć lat w 1935 roku. Kopia,

odmierzona dokładnie: data – 12 marca – dzień,

kiedy policja zatrzymała wszystkie dzieci z

„podziału biologicznego”. Anna nie była tam –

została porwana.

Zofia zaczyna szukać, nie w rządczych urzędach,

ale w sieci przybranych rodzin, które przetrwały

system. Dowiaduje się, że dzieci

„zanieczyszczone” nie są zabierane do więzień,

ale do zamków na południowym wschodzie – tam

tworzą „nową rodzinę narodową” pod opieką

urzędników z Głównej Komisji Praworodzimych.

W czerwcu 1936 roku, przez gwałtowną burzę,

Zofia wkracza do jednego z tych zamków – nie pod

przymusem, lecz jako „przybrana matka” dla

dziecka z listy. Uzyskuje to dzięki ukrytej

fakturze z roku 1934, którą wcześniej wykryła

wśród dokumentów matki. W chwili wejścia –

komputerowy rejestrowany sygnał w murze zapala

się czerwonym światłem: „nieprawidłowa

identyfikacja”. Słyszy trzask – zamek zamyka się

na zewnątrz.

Przez trzy noce śpi w komorze, bez wody, bez

okna. Mówi sobie: „Nie umrę tu, jak mój ojciec

nie umarł w pustyni”. W piąty dzień – bunt.

Wyciąga metalowy kawałek z rury ogrzewania,

wdrapuje się po ścianie, otwiera klatkę

wentylacyjną. Wychodzi do pola, gdzie nocnym

ostrzem rozpoznaje stajnię – i tam, w strumieniu

mleka z wilgotnej kupy, leży dziewczynka. Ania.

Jedenastolatek. Cichą, jakby zapomniana. Ma na

szyi kolano z dziennika szkoły – jej własne imię

jest dopiero wpisane.

Zofia nie mówi nic. Przeciąga ją przez las,

przebija się przez bór, nie słychać ani jednego

dźwięku. Na skraju wsi, za chatą z papierem z

lat 1930, znaleziony jest piec z resztkami

książek – między nimi: list, którego nie

przeczytała, bo był w języku niemieckim. W

środku – plik zdjęć: Ania z innych dzieci,

wszystkie bez imion, wszystkie z tą samą twarzą.

Wraca do Boreńska. Zmienia imię Ani na stare –

Zofia. Otwiera schowek pod łóżkiem. Wchodzi do

domu, gdzie nie było nic, teraz – stół gotowy,

kubek herbaty parujący. Przez okno widać młodego

chłopaka z telefonem, który patrzy na ich dom –

nie z żądzy, ale z rozpoznania.

Na tej samej kawie, w garnku, pojawia się napis:

„nie wolno ci ich cofnąć”. Zofia go nie czyta.

Włożyła w rękę kłykciem kamień z klasztoru,

który nosiła od dziecka. Kładzie go na stole. I

nie rusza się.

Rozpoczęła się ta sama historia – ale już z

drugiej strony.