Lublin, 1978. W czerwonym gmachu przy ulicy

Zamenhofa, gdzie ściana z żelbetonu oddzielałaby

świat od czystego błędu, pracuje Maria Nowak —

kobieta, której życie toczy się między domem a

fabryką, mięsem a mądrością. Jej syn, Jan,

został zawleczony przez policję za udział w

protestach studenckich.

Zasady są jasne: informacja o członkostwie w

„Solidarności” przekazana do Biura

Bezpieczeństwa wpłynie na przebieg rozprawy.

Maria ma dwa dni, by zdecydować.

Wciąż jednak pamięta, jak jej mąż, ofiara

represji w latach pięćdziesiątych, mówił: „Nie

można zdradzać tych, którzy nas obdarowali

życiem”. Teraz jego słowa są kamieniem w jej

gardle.

W nocy drugiego dnia, w ciemnym korytarzu gmachu,

spotyka się z człowiekiem, którego nazwisko

zniknęło z kartotek. Przed nią stoi Andrzej

Kowalski — były funkcjonariusz, teraz szpieg dla

podziemia. Ofiarował mu życie, gdy był młodym

chłopakiem, teraz prosi o to samo.

„Powiedz im, że Jan nie jest nikim. Że to tylko

chłopak, który chciał zobaczyć Polskę inną”,

mówi. „To poświęcenie sojusznika, co? Żeby on

żył, a ty umrzesz?”

Maria patrzy w dół. W ręce trzyma dokumenty.

Wiedzieć, że ich przechowywanie to zbrodnia, ale

też wiedzieć, że bez nich Jan będzie skazany na

więzienie albo gorsze.

Wybiera. Odpowiada: „Nie musisz mnie zdradzać.

Ja sama zrobię to, co trzeba.”

Kolejnego ranka, w biurze UB, znajduje się pusta

kartoteka. Jan Nowak zostaje zwolniony z aresztu.

Andrzej Kowalski znika.

Samotny bohater nie potrzebuje więcej niż tego —

jednej decyzji, jednego gestu, jednego momentu,

w którym romantyczny wybór robi się realnym.

Maria wraca do domu, z ramieniem opartym na

drzwiach, patrząc na ulicę, gdzie ludzie idą,

mówią, śmieją się. Wiedząc, że coś się zmieniło.

I że to ona to zmieniła.