Na przełęczy między Czarnym Lasem a Radomkiem,

rozpadająca się piła trzyma się na jednym

pociągu. W stajni pod zimnym światłem maja

siedzi mężczyzna w skórzanej kurtce, którego

nazwisko nie figuruje w żadnym rejestrze

urzędowym. Jego kartę tożsamości spalono dwa dni

wcześniej w niewidzialnym ogniu nad Zawilem.

Nikt go nie zna, nikogo nie widzi — ale on wie,

kim był przed tym: szef rządu bezpaństwowego,

który zginął w wypadku samochodowym w 1927 roku.

Teraz nosi jego twarz, jego imię, jego historię.

Dopiero po czterech tygodniach od powrotu do

Warszawy zaczyna się zastanawiać, czy ten obraz

nie jest tylko drugim kłamstwem. Przypomniał

sobie, że w listopadzie 1933 roku w Krynicy

został zastrzelony nieznany mężczyzna, który

miał dokładnie tę samą bliznę nad brzegiem ucha.

Na zdjęciu z plików archiwalnych, które wykradł

z Biura Kontroli Państwowej, widoczny był też

jego wzrok — taki sam jak jego własny.

Kiedy otworzył drzwi do mieszkania w Błonie,

wyczuł zapach czerwonego cyprysu, którego nigdy

nie używał. Na stole leżało pieczołowicie

ułożone zdjęcie rodziny z 1925 roku — dzieci,

matka, ojciec — wszystkie zidentyfikowane jako

„zmarłe”. Tylko jeden facet na zdjęciu miał

spojrzenie jak on. A jego imię było wpisane w

górnej krawędzi tekstu, nie jako nazwisko, ale

jako hasło: „Niech żyje Polska”.

Wszystko się zmienia. Otwierając skrytkę w domu

przy ulicy Chłopskiej, znalazł notatkę: „Nikt

nie umarł. Wszyscy są tutaj”. Pod nią — list z

numerem telefonu, który nie istniał w żadnej

książce. Po dziesięciu minutach rozmowy usłyszał

głos: „Teraz masz wybór — skończyć, albo zostać

tym, kim jesteś teraz”.

Później, w biurze przy Nowogrodzkiej, rzucił

klucze do papierowego kosza. Skończył się czas

przemilczania. Wrócił do stajni nad Radomkiem.

Zabrał pistolet z półki, wyjął z torby kartę z

polskim pieczęcią — z jego twarzą, z datą

śmierci, z adresem, który nie istniał. Zamiast

strzelać, wrzucił ją do paleniska. Płomień

zaciągnął się na chwilę, a potem zgasł, bo w

środku nie było papieru.

Wyjął z kieszeni drugą kartę — swoją prawdziwą.

Znajdowała się tam od początku. Wszystko było

fałszywe.

Wracając do Warszawy, wsiadł do tramwaju nr 3.

Dziecko z przerostem oczu patrzyło na niego z

krzesła. Mówiło: „Pan nie ma miejsca w mieście”.

On nic nie odpowiedział.

Przez następne trzy godziny nie wysiadł. Tramwaj

jechał po pustych liniiach, pośród zamarzniętego

miasta, gdzie klatki z drzewa zaczynają się

układać w znaki, a ludzie nie przepuszczają się

na bocznych skrajach.

Na koniec stanął przed kaplicą na Krasińskim.

Zatrzasnął drzwi. Został w środku. W kieszeni —

kartka zapisana ręką, która nie była jego.

„To nie twoja zemsta. To ich historia.”

Odpalił papier. Spłonął w dłoni.

Kiedy wyszedł, nie był już ani tym, kim był, ani

tym, kim chciał być.

Ale ktoś inny – z takim samym spojrzeniem –

siedział na ławce i czekał.