Zimny wiatr pchał się przez szczeliny w
betonowym domu, który kiedyś był szpitaliem, a
teraz służył jako schronienie dla tych, którzy
nie chcieli pamiętać. W ciemnościach, za
metalową bramą, trwała noc. Marzyciel siedział
przy stoliku, paląc ostatni papieros. Jego
nazwisko, Jan Kowalski, było tylko literą w
aktach – nie kimś, kto miał życie.
Na ulicy, za drzwiami, krzyczał duch przeszłości.
Ciała zmarłych z 1948 roku, które nie mogły być
pochowane, przejawiały znaki choroby. Ich oczy
błyszczały, jakby patrzyły na świat z wnętrza
grobu. Ludzie, którzy dotykali ich, zostawiali
ślad – zmieniając się w coś innego, czego nie
można było nazwać człowiekiem.
Jan znalazł się tam przypadkiem. Szukał pracy,
ale wtedy wybuchła rewolucja. Uciekł,
zostawiając za sobą imię i wspomnienia. Wschód
zaczął go rozpoznawać, gdy jego twarz zaczęła
się zmieniać. Skóra stała się ciemniejsza, rysy
ostrojsze. Nie był już tym, kim był. Był kimś
innym.
Jego nowa tożsamość była oszustwem. Niektórzy
mówili, że Jan Kowalski nie istnieje. Że to inny
człowiek, który zajął jego miejsce. A on, który
był nim, został zabrany. Gdzieś w głębi tego
zrujnowanego świata, wśród cieni, ktoś próbował
odzyskać swoje życie.
Zasłony się poruszyły. Z tyłu, w ciemności, coś
ruszyło. Jan wiedział, że czas dobiega do końca.
Przeszedł przez drzwi, zostawiając za sobą smród
śmierci i grozę. Teraz był kimś innym.
Groteskowo innym.
I tak się kończyła historia Janusza Nowaka,
który kiedyś był Janem Kowalskim.


